Czyli o tym, jak mieszkańcy Koleczkowa udowodnili,
że zima też ma swoje zalety...
Są takie historie, które aż proszą się o opowiedzenie przy kawie. Albo przy ognisku — choć akurat o ogniu dziś będzie w nieco innym kontekście.
24 lutego 2026 roku, godzina 10:36. Druhowie z OSP Bojano dostają wezwanie — pożar samochodu osobowego w Koleczkowie. Zadysponowani, gotowi, pędzą na miejsce. A tam… cisza. Żadnego ognia. Żadnego dymu. Za to samochód wyglądający jak igloo na kółkach.

Kto potrzebuje gaśnicy, gdy ma podjazd pełen śniegu?
Wyobraźnie sobie tę scenę. Stoisz na ulicy, widzisz, że komuś płonie komora silnika. Gaśnicy brak. Węża strażackiego raczej też nie trzymasz w przedpokoju. Ale jest luty, jesteś na Kaszubach, a śniegu po kolana. Co robisz?
Dokładnie to, co zrobili świadkowie w Koleczkowie — chwytasz za łopatę (albo za gołe ręce, bo kto tam będzie szukał łopaty w takiej chwili) i zaczynasz zasypyć auto śniegiem, jakbyś lepił największego bałwana w swoim życiu. Tyle że zamiast marchewkowego nosa — maska samochodu.
I wiecie co? Zadziałało. Zanim druhowie z Bojana dojechali na miejsce, pożar był już ugaszony. Auto wyglądało, jakby przeszła przez nie lawina śnieżna, ale już nie płonęło. Punkt dla zimy.
Matka Natura — najstarszy strażak świata
Powiedzmy sobie szczerze — śnieg to taka darmowa gaśnica, którą zima rozrzuca hojnie po całym Pomorzu. Topniejąc, zamienia się w wodę i odbiera ciepło. Narzucony na ogień odcina dostęp powietrza. A przede wszystkim — jest go wszędzie pełno i nikt nie każe ci szukać plomby ani zawleczki. Nie trzeba też czytać instrukcji obsługi. Chwyć i rzuć — intuicyjny interfejs użytkownika.
Oczywiście, profesjonalny strażak w tym momencie unosi brew. Bo śnieg to nie środek pianotwórczy. Śnieg nie ma atestu. Śnieg nie przeszedł badań CNBOP. Ale śnieg był na miejscu tu i teraz, a najbliższy wóz strażacki — jeszcze kilka minut drogi. I to właśnie robi różnicę.
Odkopywanie zamiast gaszenia
Kiedy druhowie z OSP Bojano dotarli na miejsce, zamiast rozwijać linię gaśniczą, musieli najpierw… odkopać samochód. Brzmi jak początek dowcipu, ale to prawda. Bo świadkowie nie żałowali śniegu. Naprawdę nie żałowali.
Auto wyglądało, jakby ktoś próbował je schować przed zimą, a nie uratować od ognia. Cała komora silnika, maska, zderzak — wszystko pod grubą warstwą białego puchu. Pół podjazdu przerzucone na auto. Pewnie sąsiad z naprzeciwka patrzył przez okno i myślał, że ktoś robi rzeźbę śnieżną w kształcie Forda.
Po odkopaniu — kontrola kamerą termowizyjną, dogaszenie i zabezpieczenie. Bo ogień to podstępna bestia — potrafi się ukrywać pod izolacją, w wiązkach kabli, między plastikowymi osłonami. Na oko nic nie widać, a termowizja mówi: „nie tak prędko, kolego”. Profesjonalne zakończenie nieprofesjonalnego (ale skutecznego!) gaszenia.
Nieoficjalny ranking improwizowanych metod gaśniczych
Jako strażacy widzieliśmy już różne podejścia do tematu gaszenia. Ludzie gasili pożary kocem, mopą, płaszczem, a nawet — legenda głosi — barszczem wigilijnym (choć tego ostatniego nie potwierdzamy oficjalnie). Ale zasypanie całego samochodu śniegiem? To zdecydowanie wchodzi na podium.
Miejsce trzecie: pan Henryk, który pożar traw ugasił wiadrem zupy pomidorowej. Była za słona, więc stwierdził, że lepiej posłuży na polu niż na stole.
Miejsce drugie: anonimowy bohater, który mały pożar w kuchni ugasił otwarciem piwa i skierowaniem piany na patelnię. Skuteczne, ale rozwiązanie ma efekt uboczny w postaci braku piwa.
Miejsce pierwsze: świadkowie z Koleczkowa! Za odwagę, refleks i budowę śnieżnego sarkofagu wokół płonącego auta. Oraz za to, że prawdopodobnie po całej akcji musieli jeszcze odśnieżyć podjazd od nowa.
A teraz chwila powagi
Żarty żartami, ale oddajmy sprawiedliwość — ci ludzie nie stali z telefonami nagrywając TikToki z podpisem „patrz jak płonie XDDD”. Działali. Widząc zagrożenie, bez zastanowienia wykorzystali to, co mieli pod ręką, i opanowali sytuację zanim rozwinęła się w coś znacznie poważniejszego. I za to należy im się szczery szacunek.
Nic nie zastąpi profesjonalnego sprzętu — wody ze środkiem pianotwórczym, autopompy, kamery termowizyjnej. To narzędzia, które dają pewność, że ogień jest naprawdę ugaszony, a nie tylko udaje martwego. Ale szybka reakcja świadków potrafi kupić bezcenny czas — i czasem uratować nie tylko auto, ale też okoliczne budynki czy inne pojazdy.
Dlatego — miejcie gaśnicę w samochodzie i wiedzcie, jak jej użyć. A jak jej nie macie, a jest luty, i jesteście na Kaszubach… cóż. Przynajmniej śniegu wam nie zabraknie. Ale serio — kupcie tę gaśnicę.